Pod włoskim niebem
Z dzienników paralotniowych - Cumulus - maj 97’ nr 1
O górze Monte Grapa, gdzie postanowiliśmy pojechać dowiedziałem się od Krzyśka Dudzińskiego, który w marcu był tam na paralotniowych mistrzostwach świata. Silna termika, piękne widoki i wielogodzinne loty- to podobno główne zalety tej góry.
Do Bassano del Grappa- miasta położonego u jej stóp dotarliśmy dopiero po trzech dniach, jeden dzień spędzając w Austrii, a drugi we włoskich Dolomitach. Drogowskaz przy drodze zawiódł nas na maleńki lądowisko, które roiło się od gadatliwych Włochów, i przypominało raczej targowisko kolorowych płócien. Po znalezieniu drogi wiodącej na szczyt, mozolnie wdrapujemy się naszym samochodem po serpentynach w gęstym, śródziemnomorskim lesie. 200, 300, 400 m nad lądowiskiem zaliczamy kolejne „agrafki”. Wreszcie po sześciuset metrach podjazdu zmiana krajobrazu- wjeżdżamy na ogromny, pokryty soczysto-zieloną trawa płaskowyż, z którego rozciąga się fantastyczny widok na Bassano i okoliczne wioski. Przez otwarty dach auta widać przesuwające się z wolna rożki paralotni. Krążą n termice, sa jakieś 200-300 metrów nad nami. Podjazd staje się mniej stromy, ale wciąż nie wiemy, gdzie znajduje się startowisko. Wreszcie okolica zmienia charakter na typowo górski. Wysuszona, złocista trawa i rozrzucone tu i ówdzie złomy skalne napawają nas niepewnością, czy nie pojechaliśmy z daleko? Nieoczekiwanie jednak, z kolejny zakrętem-jest! Niewielki pagórek na krawędzi płaskowyżu, usłany skrzydłami, pozbawia nas wszelkich wątpliwości- trafiliśmy bez pudła.
Wysiadamy z auta-jest tu zimniej niż na dole. 1300 metrów różnicy w wysokości i około 7 km podjazdu to dystans, który dzieli nad od lądowiska w Possano. Rozkładamy się obok sympatycznych Niemców, którzy pokazują nam miejsca termiczne i tłumaczą jak najlepiej lecieć. Po chwili zostajemy sami, lekko przytłoczeni przestrzenią, w którą przyjdzie nam się za chwilę rzucić. Wypadło, że mam lecieć pierwszy, więc rozkładam się najniżej – uprząż, kask, wariometr, wysokościomierz, jeszcze jedna kontrola czaszy. Wiatr wieje siostro w stok, od strony Adriatyku i jest słaby, 2-3 metry na sekundę. Jest po prostu idealny, lecz pomimo tego odczuwam termę. Wreszcie rozbieg – i lecę.
Początkowo teren pode mną opada łagodnie, by po chwili stromym, najeżonym skałkami stokiem uciec kilkaset metrów w dół spod moich nóg. Skręcam w prawo, by lecieć w kierunku miasta, jednocześnie starając się trzymać stoku, przy którym mogę liczyć na noszenia. Poprawiam uprząż i plecak, przy okazji o mało nie gubiąc rękawiczkę. Po kilku minutach startują pozostali, są jakieś 1500 metrów za mną, ale widzę ich dobrze na tle błękitnego nieba. Pode mną polana- jakby zawieszona w zalesionym stoku półka. Może będzie nad nią nosić- kierując się nad jej środek w nadziei wycentrowania choćby małego komina termicznego. Nic z tego, wariometr piszczy coraz niższym tonem, pokazując już 3, 5 metra w dół. Szybko zbliżam się do polany, na której zaczyna odróżniać coraz więcej szczegółów. Chyba przyjdzie mi tu lądować, ale wstyd- myślę sobie. Lecący z tyłu Marcin jest jakieś 200 metrów nade mną. Polana zostaje w tyle, a stok stromo opada, tworząc po mojej prawej stronie skalisty kociołek. To chyba moja ostatnia szansa. Nagrzane, kamienne skały powinny „pompować” powietrze do góry. Szkoda tylko, że jestem tak nisko. Zaczyna krążyć przy podstawie 150- metrowej ściany. Wariometr cichnie, by po chwili przerywanym tonem oznajmić, ze się wznoszę. Niewiele, bo pół metra na sekundę, ale na pewno przedłużę sobie lot o kilka minut- pomyślałem. Jeden, drugi, trzeci nawrót, noszenie rośnie do 1-2 m/s, ale przy zawracaniu spad do zera. Nagle, niespodziewanie spostrzegam wśród pionowych skał jadący samochód. Po chwili widzę wijącą się drogę- więc jednak mnie wyniosło. Spoglądam na wysokościomierz- odrobiłem już 120 metrów! Dopiero teraz widzę, że podstawa ściany, przy której zaczynałem krążyć, jest daleko ode mną. Wariometr piszczy jak oszalały 3-3,5 metra w górę. Super! Prawie krzyczę ze szczęścia. Wzrokiem szukam kolegów, ale nie mogę ich znaleźć. Wreszcie są, dużo niżej, dwie maleńkie plamki. Teraz ja jestem górą! Jeszcze kilka nawrotów i znów szybuje nad krawędzią płaskowyżu.
Noszenie kończy się na tej wysokości i kontynuuje lot w kierunku lądowiska. Lata tu co najmniej 15 paralotni i kilka lotni- musi więc nieźle nosić. Trochę boje się tego tłoku, ale już po chwili widzę, że rozrzucone na różnych wysokościach glajty nie stanowią dla mnie żadnego zagrożenia. Po kilkunastu minutach lot staje się monotonny, pół metra w górę, zero, pół w dół. Można tak latać do wieczora. Zaczyna mi być niewygodnie. Na przemian luzuję i ściągam taśmy uprzęży, ale nie mogę znaleźć wygodnej pozycji. Na dole czeka Jacek, który zjechał autem ze szczytu. Pewnie też chciałby dzisiaj wystartować. Decyduje się więc na lądowanie.
Wieczorne, nagrzane południowym słońcem powietrze nie daje mi zbyt szybko opaść. Nalatuje idealnie na lądowisko. Jestem 760 metrów nad nim. Ściągam podnóżek i kiwam nogami w powietrzu. Z tej wysokości nie można jeszcze ludzi odróżnić. Jedynie po rozłożonych glajtach poznaję, że koledzy już wylądowali. Przede mną roztacza się, Az po horyzont przedpole Alp Weneckich. Powoli tracę wysokość i krążę nad lądowiskiem. Obok na tej samej wysokości inny lotnik. Musze cos zrobić, bo mam wrażenie, że nie zmieścimy się na małym poletku. Robie klapy. Niestety pilot obok mnie wpada na ten sam pomysł i znowu jesteśmy obok siebie. Więc biorę ostry zakręt w lewo i zaraz kontroluję prawym hamulcem. Jeszcze tylko uśmiech do aparatu i delikatnie dotykam nogami ziemi.
Przygoda szczęśliwi zakończona. Kolejne dni nie przyniosły żadnych niemiłych niespodzianek. Po czterech dniach spędzonych pod Monte Grappa, bardzo zadowoleni wracamy do Polski, z zamiarem pochwalenia się udanymi lotami pod włoskim niebem. Postanawiamy, z Jeszce tu wrócimy.
G.J.
« zwińMonte Grapa - mekka paralotniarzy
Z dzienników paralotniowych - Cumulus maj 97’- nr 1
DOJAZD
Z Wiednia autostrada w kierunku Graz, następnie Klagenfurt i Villach (przejście graniczne Villach-Tarvisio). Po stronie włoskiej autostradą do miejscowości Gemona, a następnie do S. Daniele. Dalej na Pordenone, Conegliano i Bassano del Grapa. Z Bassano, z którego już widać górę, do lądowiska dojeżdża się kierując na Borso del Grapa. Od południowej Polski odległość około 1000 km.
- Costalunga - 550 m nad lądowiskiem. Dojazd samochodem z centrum Romano Alto (drogowskazy na Cima Grapa). Startowsiko uczęszczane jest rano i przy wschodniej odchyłce wiatru.
- Col di Serrai - 750 m nad lądowiskiem. Dojazd samochodem droga spod kościoła w Semonzo (zabieranie autostopowiczów-paralotniarzy w dobrym tonie!). Najbardziej uczęszczane startowisko. Obejmuje wszystkie kierunki południa ora zachód (ten kierunek ustala się zazwyczaj po południu). Uwaga! Start przy odchyłce wschodniej polecany jest raczej z Costalungi- konieczność rozbiegu z bocznym wiatrem.
- Startowisko z brzegu płaskowyżu w pobliżu mauzoleum poległych w I Wojnie Światowej- 1300 m nad lądowiskiem. Rzadko uczęszczane ze względu na duża odległość (15 km drogi), nie wszyscy tez potrafią dolecieć do lądowiska. Doskonałość lotu 5,5 wymaga tez dobrego skrzydła lub wykorzystania noszeń. Startowisko nr 3 jest zdecydowanie największe i najbezpieczniejsze. Obejmuje kierunki południowo- wschodnie wraz z odchyłkami. Korzystna jest odchyłka wschodnia z uwagi na „spychanie” w kierunku lądowiska.
- Oficjalnie lądowisko dla paralotni, trawiaste, rękaw po stronie południowej, parking. Lądowisko jest niewielkie - ok. 25 x 70 m. W awaryjnych przypadkach można lądować na dużo większym trawiastym polu ok. 50 m na wschód.
- Oficjalne ladowisko dla lotni, trawiaste, duże, rękaw po stronie północnej. Lądując tu szczególna uwagę trzeba zwrócić na dużo szybsze lotnie.
Lijak - Wichrowe Wzgórza
Z dzienników paralotniowych - Cumulus lipiec 97’- nr 2
Ma ona pochodzenie tektoniczne i w związku z tym charakteryzuje się regularną linią pozbawioną pików i przełęczy. Jest to zadziwiające miejsce do latania: stok o dużym spadzie rozciąga się szeroką ścianą i przy południowym wietrze zapewnia lot żaglowy długości kilku...
rozwiń » Lijak to nazwa najwyższego punkt na liczącej prawie 0 km krawędzi o 500-600 metrowej wysokości. Krawędź ta stanowi granice między położonym na północ płaskowyżem i rozległą doliną na południu.Ma ona pochodzenie tektoniczne i w związku z tym charakteryzuje się regularną linią pozbawioną pików i przełęczy. Jest to zadziwiające miejsce do latania: stok o dużym spadzie rozciąga się szeroką ścianą i przy południowym wietrze zapewnia lot żaglowy długości kilku kilometrów.
Niestety, miejsce to też ma swoją słabą stronę. Jest nią kapryśna pogoda- dużo bardziej niespokojna niż na Monte Grappa.
Dodatkowo w tych rejonach szaleje bora- suchy i zimny wiatr opadający, odznaczający się niezwykłą gwałtownością (w porywach do 60 m/s!). Na szczęście zjawisko to występuje na ogół w zimie i wczesną wiosną. Dla pechowców, którzy tam wtedy zjadą, jedyna alternatywa jest Monte Grappa, ok. 300 km na zachód. Warto więc przed wyjazdem na Lijak upewnić się co do pogody.
DOJAZD: Z Wiednia autostradą do Graz, a następnie daje na południe kierując się znakami „SLO”- Słowenia aż do przejścia granicznego Spielfeld- Šentilj. Następnie Maribor, Ljubliana, Potrójna, Ajdovsčina, Nova Goriza.
Około 4 km przed Novą Gorszą, po prawej stronie mijamy hangar hali magazynu spożywczego z dużym, trudnym do przeoczenia napisem LOKE. Jest to dla nas swego rodzaju punkt orientacyjny.
Z południowej Polski ok. 800 km.
STARTOWISKO: szeroka wycinka w lesie niezbyt stroma, dosyć ostro podcięta od południa; wymiary 50 x 80 m, 620 m n.p.m. (560 m nad poziomem lądowiska).
Dojście: Od magazynu LOKE uliczką biegnącą wprost ku podstawie ściany. Po minięciu ostatnich zabudowań asfaltowa ścieżka zamienia się w ścieżkę górską. Tu jednak jest wytwornie oznakowana rysunkowymi informacjami „do startowiska ok. 1,5 h”.
Dojazd: Od magazynu LOKE główna drogą do Nowej Gorky, następnie objeżdżając masyw Lijaka od zachodu pniemy się w górę za znakami Trnovo, wypatrując tabliczki informującej o szlaku prowadzącym na miejsce startu. Od oznaczonego miejsca ścieżką ok. 10 minut.
LĄDOWISKO: ok. 200 m na wschód od magazynu LOKE znajduje się oficjalne lądowisko. Bardzo duże z rękawem. Lądowisko jest płatne. Wokół lądowiska rozciąga się olbrzymie pole uprawne, co oznacza praktycznie nieograniczone możliwości awaryjnego lądowania.
INNE ATRAKCJE:
- Na miejscu, zwłaszcza w okresie bory, warto wybrać się w skały. Na stoku Lijaka świetnie ubezpieczone skały gwarantują nawet 2-3 wyciągowe wspinaczki (wapień).
- Na pół dnia warto odwiedzić słynne jaskinie w okolicy Potrójnej. Jaskinia Potrójna w Słoweńskim Krasie-ogólna długość ponad 25 km. Słynna z szaty naciekowej, temp. 8,6 -8,8 ° C. Bogata fauna, endemity. Podziemna kolejka, etc.
- Wycieczka na cały dzień do Triestu.
Proszę zasznurować buty - jedziemy na Mt. Avena
Z dzienników paralotniowych - Cumulus listopad/grudzień 97’- nr 4
Szczyt Mt. Aveny stanowi ogromna polana Malaga Campon (ok. 100...
rozwiń » Gdy terma wyciągnie ci już o 100 metrów ponad szczyt Mt. Grapa, ku północy rozpościera się wspaniała panorama Dolomitów. Szpiczaste, trzytysięczne baszty sterczą wprost połyskujących w słońcu czasz lodowców. Nikt nie zwróci nawet uwagi na mały pagórek z przodu masywu. To właśnie mała góra- Mt. Avena (1454 m n.p.m.) jest kluczem do przelotu przez Dolomity- proszę zasznurować buty- noszenia osiągają 15 m/s!Szczyt Mt. Aveny stanowi ogromna polana Malaga Campon (ok. 100 ha), na której wyznaczono dwa startowiska: wschodnie i południowe. Pierwsze znajduje się po lewej stronie drogi wjazdowej, drugie- ok. 200 m dalej. Deniwelacja- 1200 m. Oba startowiska są bezpieczne i stanowią część trawiastej polany szczytowej. Najlepsze noszenia znaleźć można tuz przy stoku, a następnie piąć się w górę już ponad Malaga Campon. Po osiągnięciu ok. 1000 m nad miejsce startu można „przeskoczyć” w kierunku północnym na grań ciągnącą się ze wschodu na zachód i kontynuować lot wzdłuż pasma Dolomitów. (lot przelotowy).
UWAGA: W godzinach południowych, zwłaszcza wiosną, może wystąpić duża turbulencja ponad płd. Ścianą.
Lądowisko w Arten jest wąskie na 30 m, ale 200 m długie. Rękaw wiatrowy po stronie płn. Wiatr w dolinie wieje przeważnie z kierunków wschodnich, lub zachodnich (częściej to pierwsze). Będąc w górze lądowiska można go szukać obok dwóch, tu stojących hangarów przemysłowych.
Dojazd: z miejscowości Bassano del Grapa (do Bassano del Grapa, drogą do Trento. Po około 20 km skręcamy w prawo, kierując się na Feltre. Jeszcze 8 km i wyjeżdżamy na dno kotliny. Jej północnym zamknięciem jest właśnie Mt. Avena. Z przodu, nieco z lewej, wystaje 500- metrowa piramida Mt. Aurin (744 m n.p.m.). To właśnie pod nią, w miejscowości Arten usytuowane jest lądowisko (rękaw widać z drogi głównej).
Na szczyt wjeżdża się przez centrum Feltre. Skręcając w prawo na Croce d’ Aule, a następnie po dojechaniu do tej miejscowości w lewo (pierwsze i jedyne skrzyżowanie). Później najlepiej zapytać o drogę (Cima Monte Avena- szczyt Mt. Aveny).
« zwińAdrenalina na Monte Baldo
Z dzienników paralotniowych Cumulus - styczeń/ luty 98’- nr 5
Po nocy spędzonej w luksusowej willi przyjaciela Krzyska, w Colonei, pojechaliśmy wreszcie zobaczyć Monte Baldo. Wyszliśmy z auta wprost na maleńka, kamienistą plażę: „Co to? Setka oglądaczy słońca?”. Tak jak wszyscy zadarłem głowę do góry, i tak stałem chyba z godzinę z otwarta gębą, bo cos takiego widziałem po raz pierwszy. Początkowo glajty były na tyle odległe, że z trudem dostrzegalne, a tym bardzie wykonywane ewolucje, ale po chwili- kiedy nieco opadły- szczegółowo można było obserwować najbardziej wyszukane figury i złożenia. Nieco później odbyła się nasza konkurencja. Zawodnicy reprezentowali różny poziom, Niektórzy w samo „centro”, inni trochę gorzej… Byli i tacy, którzy łączyli latanie z kąpielą w Gardzie. Wreszcie przyszła kolej na nas i grzecznie ustawiliśmy się w „kolejce do kolejki”. Po trzech godzinach byliśmy na szczycie i ujrzeliśmy krainę ze snów skrzyczeńskich pilotów: nieskończone startowisko, równe, trawiaste i bez korzeni. Mimo luksusu odczuwałem tremę 1600-metrowego przewyższenia. Wietrzyk- idealny, więc nie czekaliśmy długo. Już w kilka chwil po oderwaniu się od ziemi, wyleciałam nad taflę jeziora. Lot odbywał się spokojnie i mimo wczesnych godzin popołudniowych nie było w ogóle termiki. Potężne przewyższeni robiło ogromne wrażenie, choć jednocześnie dawało poczucie bezpieczeństwa. Zacząłem rozglądać się za lądowiskiem- plażą, na której zostawiliśmy samochód, ale nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Wreszcie gdy przestawiłem ZOOM na teleobiektyw, dojrzałem prostokącik wielkości zapalniczki: O rany! Horror! zamruczałem pod nosem, oczami wyobraźni widząc już moje wodowanie. Nieubłagalnie zbliżałem się do miejsca przeznaczenia. Ustawiłem się pod wiatr. Z każdym metrem w dół, wiatr znacznie się wzmagał. Wreszcie był tak silny, że w ogóle nie musiałem „esować” po prostu pociągając i odpuszczając hamulce, przesuwałem się to w przód, to w tył, wisząc jak helikopter pionowo nad miejscem centra. Wreszcie ostatnie metry. Wiem już, że nie będzie wodowania, mam centro, gdy podmuch wiatru przesuwa mnie o metr od niego. Pomocnicy sędziego błyskawicznie łapią mojego glajta, żeby nie pociągnął mnie w tył. Jestem uratowany. Teraz mam chwilę na rozglądnięcie się wokół. Ot…ten czy ów suszy zapas. Inny- wariometr, a co poniektórzy- zalane dokumenty. Odczuwam zwierzęcą satysfakcję bycia suchym (przynajmniej od zewnątrz). Ściemniło się. Wkrótce dołączyłem do reszty ekipy i pojechaliśmy do Malcesine na mająca się tam odbyć wieczorem balangę. O godz. 22:00 dotarliśmy na średniowieczny zamek, gdzie zorganizowano poczęstunek i glajt-szoł. Wyżerka i „ochlaj” zadowoliły Nawe największych głodomorów, bo przysmaków włoskich i regionalnych było co niemiara. Na koniec imprezy zorganizowano loterię: od drobiazgów, czapek, speed’ów aż do uprzęży full race i zapasów. Prowadzący losował kolejne nagrody, a my (oprócz Wojtka, który jest tłumaczem z zawodu) jedynie mogliśmy śmiać się do towarzystwa. Kolejnym szczęściarzem byłem ja-Grzegorz jak oparzony podskoczył: Grzegorz – twój numer!”. Pod nowym nazwiskiem (z trudem wypowiedzianym) stworzonym przez wodzireja poszedłem odebrać swoją nagrodę - kombinezon
Następny dzień odbył się bez większych emocji. Kilku- ku uciesze licznie zgromadzonej gawiedzi-zaliczyło wodę, ale świetnie zorganizować obsługa zawodów błyskawicznie wyławiała zwolenników mokrej przygody. Mnie tego dnia udało się zaliczyć przedostatnie kółko, czyli 20 cm od centra. W klasyfikacji ogólnej byłem 14-ty, a Krzysiek siedemdziesiąty któryś. Potraktowaliśmy to zabawowo.
START:
Bardzo łatwy start. Po opuszczeniu górnej stacji kolejki linowej na Monte Grappa (1750 m n.p.m.) należy skierować się ku północy, gdzie- zaledwie po kilku minutach marszu docieramy do polan startowych (różnica wysokości-1660 m). Z największej polny- hali mozan startować w kierunkach: zachodnim i południowo- zachodnim. Możliwy jest również wylot na wschód i oblot hali od strony północnej, lecz tylko przy bardzo słabych podmuchach wschodnich, związanych z termiką i to taką, aby nie doszło do rotora.
LĄDOWISKO:
Długie na 90 m i 20m-szerokie. Jest to właściwie kawałek kamienistej plaży, eksploatowanej latem jako parking. Wyraźnie widoczne z góry (lecz nie ze startowiska), zdecydowanie odcina się bowiem kolorytem, jako szary prostokąt na tle linii brzegowej jeziora Garda. Trudne lądowisko: wielu pilotów ląduje w wodzie!
Uwaga!: na wysokości kilkuset metrów nad jeziorem wieje silny, południowy wiatr, słynna „krzyżówka” Ora laminarna wprawdzie, ale dochodząca latem do 10 m/s.
DOJAZD:
Z autostrady Brescia-Verona (możliwe korki!) należy zjechać w miejscowości Peschiera, dalej po wschodniej stronie jeziora Garda do Malesie. W tym miasteczku mogą być spore kłopoty ze znalezieniem parkingu, ale ponieważ Malesie jest małe, nie powinno być problemów ze znalezieniem dolnej stacji kolejki linowej na M. Grande. Po włosku kolej linowa to funevia (słowniki co prawda podają określenie teleferica, lecz to nazwa tutaj nieużywana).
WARUNKI LOTU:
Latem, zwłaszcza popołudniami przy wietrze południowym, możliwy jest lot na termice (normalnie raczej słabej)- wzdłuż grani. Lądować można wówczas na górze lub tez na lądowiskach położonych w południowej części doliny. W dolnej partii doliny stoki chłodzi Ora i- doprawdy- jesienią trudno tu znaleźć jakąkolwiek termikę.
Col Rodella
Z dzienników paralotniowych - Cumulus nr 7/98’
Start - bardzo łatwy, z ogromnej trawiastej przełęczy na kierunki SW, S. SE, E; jest na wysokości 2350 m n.p.m. w otoczeniu pięknych, dolomitowych turni (grupa Selli). Od górnej stacji kolejki linowej ok. 5 min w kierunku północnym. Na startowisko najłatwiej dostać się kolejką z linowa z Campitello lub samochodem z Campitello przez Canazei i dalej w kierunku na Sellajoch.
Lądowisko
- paralotniowe, położone na wysokości 1407 m n.p.m. nieco na wschód od dolnej stacji kolejki linowej (Campitello-Col Rodella).
- lotniowe, położone jeszcze nieco na wschód , blisko Canazei, duże, rękaw wiatrowy. Oba lądowiska są duże i łatwo dostępne.
Przewyższenie: 950 metrów
Lot: Nie sprawia większych trudności, choć w ciągu dnia trzeba uważać na silne wiatry dolinne i termiczne. Mniej doświadczeni powinni unikać godzin południowych.
Niebezpieczeństwa: wiatr północny, wiatr dolinny, turbulencja, lawiny (w zimie dużo śniegu), liny kolejki, antena przekaźnikowa na przełęczy.
Noclegi i wyżywienie: Campitello i Canazei to znane miejscowości wypoczynkowe w Dolomitach. Cała sieć pensjonatów i kafeterii zapewnia zakwaterowanie i posiłki na każda kieszeń, również dla bardziej wymagających klientów.
Dojazd: W Austrii kierowac się należy na miejscowość LIENZ (NIE LINZ!) i z niej na południowy zachód ku granicy włoskiej Sillaian_S. Candido. Nastepnie na północ do Cortina d’ Ampezzo, tam w prawo przez Arabbę do Canazei.
« zwińParalotnia. Jaką powinieneś wybrać:
Wg. organizacji DHV paralotnie dzielimy na:
- Paralotnie DHV 1, najbezpieczniejsze, polecane dla początkujących pilotów i do szkolenia,
- Paralotnie DHV 1-2, polecane dla pilotów rekreacyjnie uprawiających paralotniarstwo,
- Paralotnie DHV 2, dla pilotów z co najmniej rocznym doświadczeniem...
Wg. organizacji DHV paralotnie dzielimy na:
- Paralotnie DHV 1, najbezpieczniejsze, polecane dla początkujących pilotów i do szkolenia,
- Paralotnie DHV 1-2, polecane dla pilotów rekreacyjnie uprawiających paralotniarstwo,
- Paralotnie DHV 2, dla pilotów z co najmniej rocznym doświadczeniem o aspiracjach sportowych,
- Paralotnie DHV 2-3, dla pilotów o dużym doświadczeniu, sportowo uprawiających paralotniarstwo,
- Paralotnie bez atestu dla zawodników biorących udział w konkurencjach paralotniarskich.
- paralotnie szkolno-rekreacyjne (STANDARD),
- paralotnie rekreacyjno-sportowe (PERFORMANCE),
- paralotnie wyczynowe (COMPETITION),
- paralotnie dwumiejscowe (TANDEM).
Paralotnie dobieramy również do wagi pilota:
Najczęściej producenci podają tzw. przedział masy startowej, czyli sumę masy pilota i sprzętu oraz wszelkich akcesoriów: butów, ubioru, przyrządów elektronicznych itd. Zawsze należy latać będąc doważonym i nie przeważonym w widełkach masy startowej. Od osobistych preferencji zależy, czy w obrębie dopuszczalnego przedziału, pilot będzie wolał być w górnym, środkowym czy dolnym dociążeniu.
Paralotnia może posiadać także atest dopuszczenia do lotów z napędem PPG (np. atest DULV), wówczas dopuszczony przedział masy startowej będzie przez producenta odpowiednio skorygowany poprzez uwzględnienie masy napędu.
Uwaga! Znaczna część paralotni nie posiadających dopuszczenia DULV również nadaje się do wykonywania lotów z napędem (należy to oczywiście potwierdzić u producenta lub dystrybutora). W takim przypadku do masy startowej podanej przez producenta NIE DOLICZAMY masy napędu. Innymi słowy swobodnie i z silnikiem latamy na tym samym sprzęcie.
Paralotnie muszą posiadać dopuszczenie do lotów:
Paralotnie muszą posiadać dopuszczenie do lotów, o ile służą do szkolenia lub przewozu pasażerów.
Paralotniarstwo to bezpieczny sport, jeżeli przestrzegasz kilku podstawowych zasad:
Nigdy nie dawaj wiary „mędrcom”, mówiącym: ja cię nauczę lepiej, to przecież takie proste, a ty zaoszczędzisz na kursie. Owszem, latanie na paralotni jest proste dopóki nie złamiesz sobie kręgosłupa wskutek niedopatrzenia samozwańczego instruktora.
... rozwiń » Idź na kurs latania koniecznie do certyfikowanej szkoły instruktażu paralotni! Wykaz takich szkół znajdziesz w Informatorze Urzędu Lotnictwa Cywilnego lub w internecie np. http://www.paralotniarstwo.pl/szkoly.htmlNigdy nie dawaj wiary „mędrcom”, mówiącym: ja cię nauczę lepiej, to przecież takie proste, a ty zaoszczędzisz na kursie. Owszem, latanie na paralotni jest proste dopóki nie złamiesz sobie kręgosłupa wskutek niedopatrzenia samozwańczego instruktora.
Nigdy nie kupuj sprzętu, nie mając wystarczającej wiedzy na jego temat. Nigdy nie korzystaj z „super okazji” extra skrzydła w doskonałej cenie, którego nigdy nie widziałeś, a nazwa sprzętu paralotniowego nic ci nie mówi. Nie kupuj skrzydła nadto rozwojowego: np. po kursie kupisz wyczynowe, bo przecież kiedyś będziesz latał w zawodach. W międzyczasie skręcisz sobie kark na zbyt wymagającym sprzęcie.
Nigdy nie dawaj się podpuścić na starcie: „No co ty stary, chyba nie pękasz, leć!” Powiedz, że pękasz. Bardzo łatwo dysponuje się czyimś zdrowiem, a ty masz je tylko jedno. To samo dotyczy sprzętu paralotniowego. Szanuj skrzydło. Jego stan ma wpływ na jakość lotu, a tym samym twoje bezpieczeństwo, nawet jeśli ktoś próbuje ci wytłumaczyć, że tkanina wcale nie ulega zniszczeniu przy niehigienicznej eksploatacji.
Nie wstydź się korzystać z pomocy. Jeśli miałeś niefortunne lądowanie i wisisz na drzewie, wezwij pomoc. Najlepiej GOPR. Ratownicy będą wiedzieli co robić. Wiele wypadków następuje wskutek spadnięcia z drzewa, a nie wpadnięcia na nie!
Naucz się odmawiać samemu sobie. To że poświęciłeś czas i środki finansowe żeby wreszcie dotrzeć na upragnione startowisko jeszcze nie oznacza, że musisz lecieć. Rezygnacja z lotu przy zbyt poważnych warunkach to nie porażka tylko zdrowy rozsądek!
Zawsze okazuj szacunek miejscowej ludności. Teren na którym lądujesz i startujesz jest na ogół czyjąś prywatną własnością!
« zwiń